 |
 |
 |
| Wyprawy |
| |
 | Monika i Ania na Gotlandii
Wystarczy zwykły rower, a błękitne morze, słońce i alabastrowe klify są na wyciągnięcie ręki! Nasze marzenia się spełniły! Gotlandia to bez wątpienia boska wyspa:)
Team - Monika Kawczyńska, Ania Mazurek
Trasa: Gdańsk-Nynasham-Visby-Lickersham-Farosund-Faro-Faro Fyr- Slite- Roma-Visby
Plan: ok. 300 km, efekt 509 km
Termin: 12 dni, czerwiec/lipiec
Poniedziałek, godz. 18.00 wypływamy! Promem Polferries o wdzięcznej nazwie Baltivia. Żegna nas zalany słońcem Gdańsk. Bierzemy to za dobry omen! 18. godzinny rejs odbywa się zasadniczo bez przygód, acz huśta, jak informuje nas przesympatyczny kapitan pokładowy, prawie jak jesienią. Po jednej próbie nocnego spaceru, który nie obył się bez łapania równowagi na ścianach, postanawiamy jednak przespać te hulanki. Nastawiamy tylko telefony na 5.00. Będziemy mijać Gotland! I Mijamy. Otulona we mgle czeka na nas, wymarzona wyspa.
Przedpołudnie w Szwecji jednak jest zaskakujące. Otrzymujemy bowiem sms od Dastination Gotland. Hm. Nie lada wyzwanie ten język szwedzki! Jak się wkrótce okazuje, dla załogi Baltivii też - nikt nie zna języka kraju, do którego płyniemy. Domyślamy się, że informacja dotyczy naszego kolejnego promu i, że coś się chyba niedobrze układa z powodu warunków pogodowych. Cóż, zmuszone jesteśmy czekać. Z promu zjeżdżamy jako pierwsze przy aplauzie załogi i chóralnych okrzykach - powodzenia! Zatem: ahoj przygodo!
Prom okazuje się odwołany, jednak huśtało! Płyniemy następnym, większym! Wykorzystujemy więc czas na rekonesans po Nynasham. Ładne, portowe miasteczko z urzekającymi ptakami i dróżkami rowerowymi.
Na pokład Dastination Gotland wchodzimy ok. godziny 20. Odpływamy. Nie psuje nam nastrojów fakt, że obcy ląd przywitamy po północy. Zgodnie z planem ok. 0.30 wraz z naszymi mustangami o imieniach Kallys i Trek opuszczamy pokład.
Visby - stolica wyspy wita nas nocną atmosfera i grą świateł. Jest pięknie. Odjeżdżamy kilka kilometrów za mury miasta, by się rozbić namiot. (W Szwecji można z godnie z prawem 1 noc spać "na dziko" w innym miejscu) I jest to jedyny raz kiedy używamy czołówki! Potem będzie zupełnie zbędna ze względu na jasne, szwedzkie noce.
Pobudka wcześnie, ok. 6-tej.Poźniej wejdzie nam w krew, też ze względu na panujące upały. Ten mit o Gotlandii się potwierdził- to bardzo słoneczna wyspa! Ruszamy na zachód.
Atrakcji po drodze nie brakuje. Po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się na romantyczne śniadanie na skale. Gustavskik. Lazur wody i nieba, żadnej chmury, ludzi również, kontemplując grę naszych cieni na delikatnych falach, konsumujemy jogurt i w drogę.
Przy okazji okazuje się, że trasa (Gotlandasladen- Gotland Route) jest świetnie oznaczona. Do jakiekolwiek miejsca uznanego za ciekawe dodatkowo prowadzą specjalne znaki.
Celem jest grota Lummelunda -podziemny świat wodnych korytarzy z unikalnymi stalaktytami i stalagmitami.
Pedałujemy drogą krajową nr 149. Lasem, po lewej stronie morze, maleńkie wioski (Snack, Brucelo, Brissund...), a ponieważ jesteśmy Polkami z krwi i kości to najbardziej zachwyca... prosta, świetnie wyprofilowana droga! Nie ma dziur! Są pobocza i uprzejmi kierowcy.
Grota okazje się jeszcze zamknięta. Jest za wcześnie, otwierają od 10. Wykorzystujemy czas, zostawiamy rowery i wędrujemy szlakiem turystycznym, wśród wysokich traw, kolorowych nibywrzosów, w poszukiwaniu długowłosych owiec, który najwyraźniej powędrowały na spacer.
Ruszamy więc dalej do Lickershamn, najbardziej na zachód wysunięty cypel z miejscem kąpielowym. Po drodze odkrywany niezwykłe przywiązanie Szwedów do estetyki, tym razem przejawiające się kolorowaniem, wręcz artystycznym malowaniem skrzynek pocztowych ustawionych przy drodze, nawet wtedy, kiedy domu daleko, daleko nie widać.
Genialny widok na długo zapadnie nam w pamięć. Po kilkukilometrowym, równomiernym podjeździe wyłonił się przed nami malowniczy prawie 12 metrowy klif wkomponowany w linię brzegową. Zestawienie granatu przechodzącego w błękit na tle alabastrowego kamienia jest doskonała grą kolorów. Zostajemy tam na dłużej. Nasze mustangi przywiązane do drzewa odpoczywają w cieniu, a my spacerujemy po okolicy, "zdobywamy" klif, obserwujmy wczasowiczów, których jest aż 10-ciu. Jak zahipnotyzowane, siedząc na kamiennej plaży wpatrujemy się w to naturalne piękno. Nawet zastanawiamy się czy nie zostać tu na noc, ale mało nam pedałowania, więc ruszamy dalej na północ.
Ireviken-przepiękna zatoczka, do której docieramy po przejechaniu ok. 60 km oczarowuje nas podobnymi jak w Licershamn widokami, klimatem, spokojem. Wspaniałe miejsce na nocleg. No i z całym węzłem sanitarnym. Rozbijamy namiot i po pysznej zupce quattro fromaggi, zostawiając cały dobytek pod rozłożystą sosną udajemy się na kilkugodzinny spacer plażą, od klifu do klifu, tak bowiem stworzona jest zatoczka.
Wczesnym rankiem budzi Anię i mnie plusk morza odbijającego się o kamienie. Cóż więcej trzeba? Pusto i pięknie. Jak się wkrótce okaże takie będą już wszystkie poranki, w większości na plaży!
Chciałyśmy dziś dopedałować do największego wcięcia w ląd (Kappelshamn), ale po przejechaniu ok. 50 km w słońcu, kiedy zaczęło brakować nam wody okazało się, że nie mijałyśmy żadnych sklepów, knajp ani przydrożnych, ani wioskowych! Nic. Przez 50 km. Nie pozostało nic innego jak szukać wody, a tyle jej dookoła...,tak więc podziwiając po drodze wioski rybackie np. AR (kilka domków, łodzi, miniport), kontemplując śpiew ptaków (cały czas jesteśmy na terenie rezerwatu Hafings i bardzo musimy uważać na uciekające spod kół króliki),odwiedziwszy muzeum w Blasa (betoniarnia, zabytkowe koleje, kończące się tory i genialne informacja turystyczna! ), zmęczone po ok. 70 km docieramy do marketu w Farosund. Tam też postanawiamy kupić wodę nazwaną "woda, której nie ma", by już nie doprowadzać do takiej sytuacji, że w cywilizowanym kraju szukamy wody. Jest późno, zaczyna trochę padać i narasta w nas zniechęcenie, bo nie ma gdzie rozbić namiotu. Kolejny wniosek-warto tu być owcą-bo to one zamieszkują przepiękne tereny z dostępem do morza.
A my? Gdzieś mijałyśmy pole namiotowe, ale nie chcemy się cofać, więc z ogromną determinacją szukamy, oglądamy
i wielokrotnie jest tak, że teren wydaje się dziki, do momentu, kiedy daleko, daleko w głąb nie zauważamy domu. W końcu (robi się naprawdę późno) postanawiamy zapytać przemiłą autochtonkę czy możemy się rozbić na jej ogrodzie. Ku naszemu zaskoczeniu okazuje się, że oczywiście nie ma problemu. Za kilka chwil poznajemy męża, mamy udostępniony prysznic i
zimowy domek, w razie gdyby coc była chłodna!
Poranek: słodki, przypominający nasz turecki, chleb z dżemem figowym, prysznic, faktor słoneczny i ruszamy na prom. Odpływa jak się zapełni, prawie jak w Afryce. Cel: Faro. Wyspa Bergmana.
Już po zejściu z portu nie dziwimy mu się wcale.
Przenika nas dziwna tajemniczość unosząca się w powietrzu. Przez cały dzień objeżdżając wyspę jesteśmy same. Faro jak opuszczona przyjmuje nas jednak gościnnie. Głównie za sprawą wolno pasących się i niespecjalnie przejętych towarzystwem rowerzystek owiec. Piękne, długowłose, czarne i nigdzie, jak wszystko na Gotlandii i Faro, niespieszące się.
Wyspa genialna. Pedałujemy przez rezerwaty pełne niezwykłej roślinności oraz skaliste, wapienne wybrzeża klifowe, wcinające się ostro w morze. Fantastyczne miejsca, które niezwykły klimat zawdzięczają najbardziej specyficznym elementem krajobrazu tzw. Rauks. Są to kominy utworzone ze skał osadowych, których unikalne kształty biorą się stąd, iż na przestrzeni wieków były erodowane przez fale i wiatr. Według legendy "rauks" chronią wyspę przed złymi mocami, jednocześnie przyciągając te dobre
Droga rowerowa wokół wyspy prowadzi nad morzem, przez lasy, ale przede wszystkim nie omija niesamowitych właśnie wspomnianych formacji skalnych: Gamlehamn, Digerhuvud, Langhammars wyglądających jak modernistyczne budowle lub rzeźby. Trudno się stamtąd wyrwać, by przed zmrokiem znaleźć jakąś przytulną plażę na nocleg.
Dojeżdżamy do Sundersand, by stamtąd rankiem dojechać do Faro Fyr, czyli zabytkowej latarni. Udaje nam się to w deszczu, ale w niczym nie umniejsza uroku kolejnej kamienistej plaży i poczucia jedności z otaczającą nas przestrzenią.
A Bergmann... Odnajdujemy Hammars - wioskę stanowiącą 5 domów - i śladu po nim. Ludzi też nie ma. Wiemy tylko, że tu mieszkał, ale konkretnie wskazać tego miejsca nie można. Nie ma to zresztą większego znaczenia, bo jest to kraina absolutnie przedziwna. Otoczona morzem i lasem, z jedną, niepozorną, nieoznaczoną dróżką i wypełniona ciszą.
W Faro szukamy miejsca pochówku. Przy wiejskim kościółku, pośród drzew, skromny grób, który stanowi ogromny kamień, na nim kilka polnych kwiatów...
Opuszczamy wyspę wschodnią stroną, już mniej klifową, bardziej przypominająca letnią łąkę, ale dzięki temu zachwycamy się kamiennymi domami, ogrodzeniami, wiatrakami otulone wszechobecnym zapachem róż.
W drodze powrotnej z Faro zwiedzamy w Bunge niewielki skansen -muzeum, gdzie pokazane zostało życie tutejszych mieszkańców między XVII i XIX wiekiem. W miejscowości Rute zatrzymujemy się przy kilkusetletnim krzyżu niedaleko kościoła. Siłą rzeczy przenosimy się w odległe, średniowieczne czasy. Kościół zaskakuje nas groźnymi rzeźbami i przyjemny ascetycznym wnętrzem z kilkoma malowidłami Larsa Jonssona.
Ta strona wyspy jest bardziej zwykła, z piaszczystymi, acz pustymi plażami, kilkoma ośrodkami. Marzy nam się kąpiel w morzu. Najbliższe miejsce to Vallevik. Zatoczka mniej malownicza niż te z zachodniego wybrzeża zaskakuje nas morzem jak jezioro. Nie korzystamy jednak z kąpieli i dojeżdżamy do Slite. Mały, przyjemny port, w którym wybudowano pierwszy nowy kościół. (Na wyspie jest ich ponad dziewięćdziesiąt, budowanych w latach 1100 -1350. Do poł. XIII w roku w stylu romańskim, później w gotyckim. Pierwsze drewniane kościoły powstały po dotarciu chrześcijaństwa na wyspę w XI wieku, a stojące do dziś obiektów z kamienia datuje się na XII w.)
Kąpiel w marinie za 5 koron prawie się udała. Prawie, bo po wrzuceniu monety i oczywiście skrupulatnym namydleniu się, żeby wykorzystać ograniczony czas wody 3 min, okazało się, że automat się zepsuł!!! Tak więc poza tym, że "prawie" naprawdę robi różnicę, to dawno nie byłam tak wpieniona jak wtedy.
Życie jest ciężkie, nie ma co. Następnego dnia budzą nas skrzeczące nad głową ogromne mewy. Zatem pobudka o 5.00. Cały dzisiejszy dzień przepełniony jest historią wyspy. Od samego początku Klinkenklinken formacje skalne sprzed 400 mln lat, kiedy na tym terenie było morze tropikalne! , przez kilka wiosek Wikingów (Vike Minessgard, Gothem, Anthem, Norrlanda) Wszystkie do siebie podobne pod tym względem, że małe, zadbane, z charakterystyczną zabudową, skromnym kościołem, małym cmentarzem przy drodze.
Zachwycamy się znów świetnym oznaczeniem atrakcji turystycznych, choć niejednokrotnie zdarzyło się, że kilku lub kilkunastokilometrowe pedałowanie, zbaczając oczywiście z głównego szlaku, nie zostało wynagrodzone oszałamiającym widokiem, a np. KAMIENIEM w środku lasu, upamiętniającym założyciela Gotlandii Tjelvarsa.
Kolejne obserwacje: na Gotlandii zawsze jest pod wiatr i prawie zawsze pod górkę! Długie, lecz nie najbardziej strome podjazdy nie oznaczały takiej samej długości zjazdów, oj nie!
Udało nam się jednak mocno rozpędzić. Oto bowiem wita nas Roma!
Romakloster. Świetnie zachowane ruiny (o ile można takiego określenia użyć) średniowiecznego teatru. Aktualnie odbywał się tam, na genialnie wkomponowanej w stare mury nowoczesnej scenie festiwal Szekspirowski. Poza tym wytwórnia szkła, muzeum sztuki użytkowej, mnóstwo galerii.
Koniec końców śpimy w okolicach Romy, urzeczone klimatem tego niezwykłego miejsca.
Ostatnie 2 dni przemierzamy środkową częścią wyspy. Mniej krajobrazową, ale nadal świetnymi drogami, mijając uprzejmych, witających się z nami i zagadujących o podróż Szwedami. Docieramy do Klintenhamn, miejscowość, z której odpływają promy na dwie kolejne wyspy: Stora Karlo ( wyspa pingwinów) i Lila Karlo ( wyspa liliowa). Zaczyna niestety mocno padać deszcz, bardzo mocno. Postanawiamy przeczekać niedaleko portu, jednak na niewiele się to zdaje. Leje bez przerwy. Przemiła pani w kasie informuje nas o cenie biletów ( raczej wysokiej jak na przedostatni dzień pobytu u wyspiarzy), szwedzkim przewodniku i godz. odpływu. Mamy kilka godzin, ale nie decydujemy się. Pingwiny muszą na nas poczekać. Chowamy rowery w jednym ze sklepów i czekamy w kawiarni "kilka kaw i kilka ciastek" aż przestanie padać. Dzięki temu mamy okazje zaobserwować codzienne życie mieszkańców miasteczka. Bardzo nam się podoba! Poranna kawka, lektura gazety, kanapka i do pracy, i następny, i następny. Nam się nie spieszy, ale im też jakoś specjalnie nie.
Deszcz się przydał: w kawiarence bowiem ładujemy wszystkie możliwe akumulatory, ładowarki itd.
Przed Tofę (słynącą z usytuowanej w pobliżu wsi Wikingów, w której to można poznać ich zwyczaje) Kovik ( przepiękny, bezobsługowy, jak wszystkie poprzednie, skansen w zatoczce) docieramy do turystycznej miejscowości nadmorskiej, gdzie rozbijamy namiot, jak się później okaże ostatni raz( mimo że do końca pobytu jeszcze 2 dni).
Noc 50 m od wzburzonego morza najłagodniejsza nie jest, ale jaka urocza i niezwykła!
Ruszamy na ostatnią prostą do Visby, stolicy hrabstwa Gotland, od 1645 roku ponownie (po najazdach piratów) pod władaniem Szwedów. Nie omijamy malowniczych zatoczek jachtowych, klifowego wybrzeża i około południa wjeżdżamy za mury miasta.
Tak jak się spodziewałyśmy po krótkiej nocnej wizycie 2 tygodnie wcześniej, położone na wzgórzu Visby okazuje się wręcz oszałamiającym miejcem. Niezwykłe średniowieczne miasto sięgające początków X wieku z genialnie zachowanymi śladami przeszłości: kościołami, skwerami, uliczkami, murami (Ringmuren. z XIII w, ok. 3,5 km i wysokości 11 metrów z ponad 50 wieżami).
Jak z Toskanii, tyle, że gdy tylko spojrzy się w lewo lśni lazur morza.
Spacerujemy po przepięknym, różanym ogrodzie botanicznym, zwiedzamy ruiny wielu z 23 kościołów, zaadaptowanych np. na teatry, Stora Torget - plac handlowy w sierpniu zamieniający się z średniowieczne targowisko, XII-wieczną królującą nad miastem katedrę jako jedyną niespaloną przez Niemców 1525 roku, kościoły, w szczególności Św. Klemensa (XI w.), Św. Ducha (XIII w.) oraz Św. Mikołaja (XIII- XV w.) a także Dom Burmistrza z przełomu XVI - XVII wieku oraz piękny Ratusz z XVIII wieku. W Visby zachowało się ponad 200 wczesnośredniowiecznych budynków z kamienia.
Spotykamy Polaków żeglujących jachtem. Przyjmujemy zaproszenie sympatycznego kapitana i jego załogi na popołudniową kawę. Jak się wkrótce okaże
zostajemy do śniadania! Nie możemy się nagadać. Wspólny wieczorny spacer utwierdza nas w przekonaniu, że ludzi z pasją trafiających na siebie w odległym kraju naprawdę wiele łączy! Dziękujemy KAPITANIE!
Po południu odpływamy do Nynasham. Żegna nas słoneczna, wymarzona Gotlandia. Boska kraina uśmiechu, róż, owiec, wiatru i szumu lazurowego morza. A za rok
?! Czy na Kilimandżaro można wjechać rowerem?
Gotlandia - największa wyspa na Bałtyku ma powierzchnię 3140 km2, położona jest w odległości 90 km na wschód od półwyspu skandynawskiego. Ma 176 km długości i 56 km szerokości. Długość linii brzegowej, łącznie z wyspą Faro, wynosi 800 km. Najwyższe wzniesienie - 83 m n.p.m. Ludność zajmuje się głównie rybołówstwem, rolnictwem i rękodziełem. Ślady osadnictwa pochodzą sprzed 7000 lat. Przez wieki panowali tu wikingowie, po nich Niemcy i Duńczycy, a od 1645 roku wyspa należy do Szwecji. Unikalnej urody ośrodek miejski, którego najstarsza część w 1995 r. została wpisana na listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Drogi i kultura jazdy - poziom światowy, najwyższy
Noclegi - na dziko, acz warto zaopatrzyć się w mapę uwzględniającą obszary rezerwatów
Trudność - niewielka, potrzebna przeciętna kondycja
Koszt - ok1500 - (ceny europejskie, drogo, niewiele drożej niż w Polsce. W tym prom ok. 600 zł)
Tekst i zdjęcia Monika Kawczyńska
Ciekawostki:
- Pełnia sezonu na Gotlandii to wakacje letnie - od połowy czerwca do końca sierpnia (temperatura powietrza 20-30°C, temperatura wody w morzu 20°C). W miesiącach od kwietnia do maja (temp. powietrza 12-17°C, temp. wody 10-14°C) oraz od września do października (temp. powietrza 14-18°C, temp. wody 15°-17°C) życie toczy się nieco mniej intensywnie, choć większość sklepów i restauracji w Visby w tym okresie jest otwarte (nieco mniej na obszarach wiejskich). Zimą temperatura waha się między -5°C a 10°C.
- Gotlandia jest najbardziej nasłonecznionym regionem Szwecji, uważanym za najlepsze w Europie morskie łowisko troci.
- Na wyspie jest 8 pól golfowych i należą one do najatrakcyjniejszych cenowo w Europie.
- W średniowieczu Visby było stolicą Hanzy i dorównywało znaczeniem takim miastom, jak Londyn czy Paryż.
- Sąsiadująca z Gotlandią wysepka Stora Karlsö jest siedliskiem ptaków będących pod ochroną, w tym rzadkich już sokołów i alk krzywonosych. Założony tu w 1880 r. rezerwat jest najstarszym w Europie i drugim po amerykańskim Parku Yellowstone obszarem chronionym na świecie.
- Krajobrazy wyspy Faro zostały wykorzystane przez Ingmara Bergmana w m.in. takich filmach jak Hańba, Godzina wilka czy Namiętności.
- W różnych częściach Gotlandii można zobaczyć kamienne kręgi, będące miejscem pochówku wikingów. Czasami mają one kształt łodzi.
| |
|
|
 |
 |
 |
|
|
 |
|