 |
 |
 |
| Wyprawy |
| |
 | Wakacje na dwóch kołach - Koprzywnica - Wiedeń 2006
- czyli jak w prosty sposób z odrobiny chęci, szaleństwa i uporu stworzyć prawdziwą przygodę.
Jedenastoosobowa grupa młodzieży postanowiła stawić czoła wszechobecnej, wakacyjnej nudzie. Tak zrodził się pomysł rowerowej wyprawy. Jej cel wcale nie był przypadkiem. Austria jako fascynujący, jakże odmienny od naszego kraj, nie tylko pod względem krajoznawczym, ale i kulturowym, zawsze budziła duże zainteresowanie. Również dystans dzielący nas od Wiednia- jakieś 650 km- wydawał się całkiem przystępny, jak na debiut w turystyce rowerowej w "większym wymiarze". Uczestnicy wycieczki w wieku od 17 do 23 lat, jak dotąd z rowerami mieli niewiele wspólnego. Wiedeńska przygoda sprawiła, że większa część grupy na dobre złapała "rowerowego bakcyla".
Czwartek 27-07-2006
Koprzywnica - Połaniec - Opatowiec - Koszyce - Nowe Brzesk - Kraków
Słoneczny lipcowy poranek- dzień, kiedy planowana od wielu tygodni wyprawa Koprzywnica- Wiedeń staje się faktem. Wzorowo wyposażone rowery prezentują się świetnie. Na twarzy każdego nas maluje się uśmiech. Wielka krzątanina, ostatnie przygotowania- wreszcie wszystko jest "dopięte na ostatni guzik". Ufając doświadczeniu starszych kolarzy z naszej drużyny, napełniamy bidony dziwną miksturą o bliżej nieznanym nam składzie, modlimy się i wyruszamy w drogę.
Pierwsze kilometry pokonujemy w niezbyt szybkim tempie- trzeba przecież rozważnie gospodarować siłami, bo przed nami jeszcze grubo ponad 600 km do pokonania. Bezchmurne niebo
Słońce wędrujące coraz wyżej nad linią horyzontu coraz bardziej daje się we znaki. Około 70 kilometra bidony są już zupełnie puste. Najodważniejszy z całej grupy zostaje wydelegowany do pobliskiego domostwa z prośbą o wodę. Jego misja kończy się powodzeniem i nasze życie zostaje szczęśliwie ocalone. Zrobiliśmy już połowę dziennego dystansu i po głowie coraz częściej chodzi myśl o obiedzie. Jeszcze kilkanaście kilometrów- z górki, pod górkę, z górki, pod górkę
Nareszcie przerwa. Zatrzymujemy się na jakiejś polance i szybko dobieramy się do termosu z ciepłą grochówką, gdy nagle okazuje się, że nikt wcześniej nie pomyślał o tym, aby wziąć ze sobą chochelkę. Nie pozostaje nam chyba nic innego jak liczyć na życzliwość i dobre serce gospodyni z pobliskiego domu. Gdy kobieta poznała cel naszej wyprawy, uśmiechnęła się z niedowierzaniem i pokiwała głową, ale chochelkę pożyczyła już "na zawsze". Przejechanych kilometrów na liczniku przybywa w zawrotnym tempie, zaczynamy więc podejrzewać grochówkę o jakieś magiczne właściwości. Zatrzymuje nas dopiero awaria jednego z rowerów. Na miejscu nie udaje się niestety nic zreperować. Upragnioną tablicę z napisem "Kraków" mijamy w dziesięcioosobowym składzie, na dziewięciu rowerach. Jeszcze tylko godzina męczącej przeprawy przez miasto i nareszcie zajeżdżamy pod Zakon Ojców Trynitarzy, gdzie mamy umówiony nocleg. Teraz tylko gorący prysznic, szybka kolacja, wygodne łóżko, sms do domu i zasłużony sen
Piątek 28-07-2006
Kraków - Łagiewniki - Kalwaria Zebrzydowska - Wadowice - Andrychów - Żywiec
Dziś pobudka już o 6 rano. Na stole czeka jajecznica z 30 jaj, posiadająca ponoć niezmierzone pokłady energii. Słońce przypieka jeszcze bardziej niż wczoraj- zapowiada się kolejny dzień ponad 30stopniowego upału. Na rowery siadamy dopiero koło godziny 9 i kierujemy się w stronę Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Tam odwiedzamy oba kościoły, robimy pamiątkowe zdjęcia i ruszamy dalej. Zaraz za miastem, na ogromnym zjeździe na "zakopiance" pada rekord prędkości- 74,5 km/h! Wszystkim od razu poprawiają się humory. Mijamy Kalwarię Zebrzydowską i jedziemy w kierunku Wadowic. Przed wjazdem do miasta czeka już na nas pyszne spaghetti. Po obiedzie drzemka, a później zwiedzanie miasta Wielkiego Polaka. Niestety, bezlitosna dieta nie przewiduje żadnych słodyczy- nie zrobi wyjątku nawet dla kremówek. Popołudniowy etap jest bardzo ciężki. Tak wygląda chyba pierwszy poważny kryzys. Nieznośny upał, liczne podjazdy i dwudniowe zmęczenie dają o sobie znać- na nogi stawiają nas dopiero arbuzy, które od tego momentu na stałe zagoszczą w naszym menu. Po drodze mijamy coraz więcej turystów-rowerzystów. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, a my nareszcie zdobywamy Żywiec. Drugi etap podróży zakończony! Wieczorna toaleta w Jeziorze Żywieckim, na kolację jak zwykle kanapki ze smalcem. Jak dobrze, że ten dzień już się skończył
Sobota 29-07-2006
Żywiec- Milówka - Zwardoń - Cadca - Krasno - Kysucke Nove Mesto - Żylina - Bytca - Povażska Bystrica
Kolejny dzień wita nas bezchmurnym niebem- każdy już doskonale wie, co to oznacza- znowu upał
Dziś wyruszamy nieco wcześniej, ponieważ czeka nas najcięższy etap trasy- przeprawa przez położone na wysokości ok. 700 m n.p.m. przejście graniczne w Zwardoniu. Duży ruch na drodze odbiera nam przyjemność jazdy, ale kręcimy dzielnie, bo to właśnie dziś mamy pokonać połowę dystansu dzielącego nas od Wiednia. Ostatnie kilometry w Polsce to jeden wielki stromy podjazd. Pijemy hektolitry napojów, z nieba leje się żar...Beskidy wynagradzają nam jednak te wszystkie trudy rozciągającymi się wokół, pięknymi widokami. Napotykamy kawałek brukowanej nawierzchni- poddajemy się i schodzimy z rowerów
ale tylko na chwilkę. Niektórzy się jeszcze nawet uśmiechają- nie jest przecież tak źle. Milówka, Laliki, wreszcie Zwardoń- pora na drugie śniadanie. Wyjeżdżamy z Polski. Ktoś na granicy żartobliwie pyta celnika, czy po tamtej stronie też tak gorąco, a on uśmiechając się, odpowiada: "Nie, skądże
Tam jest chłodno, pada, a na dodatek cały czas z górki." Jak się później okazało, były to prorocze słowa. Bez żalu pozostawiamy w kraju dziurawe drogi, pędzące z ogromną prędkością tiry i upał. Słowacja wita nas szerokim poboczem, pierwszymi kroplami spokojnego deszczu i licznymi stromymi zjazdami- niemalże fruniemy. Po kilku godzinach jazdy spotyka nas wielka ulewa i porywisty wiatr. W ciągu minuty nie ma na nas suchej nitki. Jeszcze tylko jeden postój na arbuza i mkniemy w kierunku kempingu w Povażskiej Bystricy. W pośpiechu rozbijamy namioty- znów zaczyna padać. Kemping wydaje się spokojny- dobre miejsce na zasłużony odpoczynek.
Niedziela 30-07-2006
Povażska Bystrica - Ilava - Dębnica - Trencie - Nove Mesto - Piestany - Senec - Bratislava
Niedziela ma swoje specjalne prawa- dziś pobudki nie ma, śpimy do oporu. Msza Święta odprawiana na kempingu w strugach deszczu budzi zainteresowanie wśród innych wczasowiczów. Niektórzy zdobywają się na odwagę i do nas dołączają. Niemałe jest również ich zdziwienie, gdy dowiadują się, że z Polski do Austrii jedziemy właśnie "na kole". Wspólne śniadanie, składanie namiotów
-na rowerach jesteśmy dopiero o godzinie 11. Droga cały czas z górki. Na niebie znów pojawia się słońce. Obiadowy postój łączymy więc z odpoczynkiem nad jeziorem. Po kilku godzinach jazdy obowiązkowo arbuz. Ręcznik, przypominający flagę USA, którym zazwyczaj oznakowujemy miejsce odpoczynku, przyciąga wzrok Słowaków i wywołuje komentarze: "O, Amerykany!". Zmieniamy decyzję, co do miejsca dzisiejszego noclegu- rezygnujemy z Senec, a porywamy się na podbój Bratysławy. Pogoda nadal dopisuje, więc cel wydaje się osiągalny. Pada rekord dzienny- ok. 180 km! Do Złotych Piasków zajeżdżamy już po zmroku. Odnalezienie wolnego miejsca na ogromnym, ale bardzo zatłoczonym polu namiotowym niemal graniczy z cudem. W końcu udało się!. Kolacja, kąpiel w jeziorze, sen lub inne, bardziej aktywne formy wypoczynku. Ten dzień również można zaliczyć do udanych.
Poniedziałek 31-07-2006
Bratislava - Marz - Rorbach
Budzą nas ciepłe promienie słońca. Biegiem do jeziora, później śniadanie
Szybko składamy obóz i ochoczo wskakujemy na rowery- to przecież już ostatni dzień jazdy. Zwiedzamy zamek w Bratysławie, błądzimy po mieście, każdemu spieszy się już do przejścia granicznego. Nareszcie Austria! Zakładamy kaski i mkniemy dalej, podziwiając widoki w tym zupełnie obcym dla nas kraju. Koło południa zmęczenie bierze jednak nad nami górę i padamy na środku Radweg, ucinając sobie niemal godzinną drzemkę. Humory od razu się poprawiają, nabieramy nowych sił i nie wiadomo w jaki sposób, za nami kolejne 40 km. Nareszcie pora na obiad. Dzielnie stawiamy czoła podjazdom, od których przez dwa dni na Słowacji zdążyliśmy się już na dobre odzwyczaić. Cel podróży jest coraz bliżej. Jeszcze tylko jeden postój. Tutaj próbujemy sforsować małą rzeczkę, bujając się na linie- efekt- ostatnie 50 km w kompletnie przemoczonych butach. Jednak teraz już nic nie jest w stanie nas powstrzymać. Średnia prędkość wskazywana przez liczniki wzrasta do 29 km/h- to znak, że jesteśmy już naprawdę blisko. Ostatni naprawdę stromy podjazd w miejscowości Marz i dojeżdżamy wreszcie do Rohrbach -kilkanaście kilometrów za Wiedniem- gdzie mamy zamieszkać przez kolejne dni. Nie do wiary! To już koniec! Wielka radość, wzajemne gratulacje. Na rozpromienionych twarzach maluje się duma, ale i niedowierzanie. 650 km za nami! Trzy kraje, dwie stolice zdobyte. Cel został w pełni osiągnięty. Teraz pora na odpoczynek. Po kolacji runda honorowa po mieście- pieszo lub na rowerach- jak kto woli. Cisza zapada dopiero po północy. Tak trudno przyzwyczaić się do myśli, że jutro nie trzeba jechać dalej
Wtorek 01-08-2006
Wiedeń
Dziś ruszamy na Wiedeń- tym razem samochodem. Pogoda nie dopisuje- humory wręcz przeciwnie. Msza Święta, poźniej śniadanie przygotowane przez chłopców- dziś dziewczyny mają urlop. Nareszcie w Wiedniu. Podziwiamy Belweder i piękne ogrody, jednak myślami jesteśmy już na Praterze- Wiedeńskim Parku Rozrywki. Deszcz staje się coraz bardziej intensywny, jednak w momencie przekroczenia bram wesołego miasteczka dla nas to już żadna przeszkoda. Kolejki, kolorowe karuzele, domy strachów- początkowo trzymamy się całą grupą. Coraz szybciej, wyżej, straszniej- pozostają tylko ci najodważniejsi
Portfele pustoszeją w zawrotnym tempie, a głos rozsądku uporczywie powtarza, że na dziś już dosyć wrażeń. Obiecujemy sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócimy. Wychodzimy, odczuwając jeszcze przez jakiś czas podniesiony poziom adrenaliny. Ci, którzy są w stanie cokolwiek przełknąć, dożywiają się kanapkami z konserwą i smalcem- po raz kolejny czujemy na sobie wzrok Austriaków
-cóż, co kraj, to obyczaj. A teraz długo oczekiwany przez żeńską część grupy podbój centrum handlowego- czego się nie robi dla chwili ciszy i spokoju
Dziewczyny nareszcie są zadowolone. Austriacka moda
niestety również austriackie ceny. Kolejne kilometry robimy pieszo, biegając od sklepu do sklepu. Większe zakupy trzeba będzie chyba jednak odłożyć na czas po powrocie do domu. Już wieczór. Pora wracać do bazy. Jutro kolejny dzień pełen wrażeń.
Środa 02-08-2006
Wiedeń c.d.
Dziś w planie mamy zwiedzanie kolejnych zabytków stolicy Austrii. Po drodze do miasta zahaczamy o opactwo cystersów w Heiligenkreuz, podziwiamy romański kościół, modlimy się przy relikwii Krzyża Świętego. Podążając śladami Polaków, odwiedzamy wzgórze Kahlenberg, skąd ruszał Sobieski z odsieczą Wiednia. Zachwyca nas roztaczająca się wokół piękna panorama miasta. Na popołudnie zaplanowane mamy zwiedzanie Schönbrunn, jednak problemy z odnalezieniem się w gąszczu ruchliwych, wiedeńskich ulic powodują spore opóźnienie. Gdy nareszcie udaje nam się dotrzeć na miejsce, robimy pamiątkowe zdjęcia i spacerujemy po rozległych ogrodach, otaczających pałac. Niestety musimy przyspieszyć tempo, bo dzień się już kończy, a przecież jest jeszcze tyle do zobaczenia. Błądząc po wąskich uliczkach starego miasta, w biegu podziwiamy Hofburg, Burgtheater, Michaelkirche, katedrę św. Szczepana. Pod ratuszem przerwa na pyszne, pistacjowe lody. Odwiedzamy jeszcze Hundertwasserhaus. W głowie aż szumi od przesuwających się przed oczami obrazów. Jak miła jest świadomość, że dzięki wielkiemu wysiłkowi na własne oczy widzimy to, co do tej pory znane było tylko z książek. Po raz pierwszy od tygodnia decydujemy się na to, aby zjeść kolację, która nie pochodzi z naszej "rowerowej kuchni". Po powrocie do naszej bazy na stół wjeżdża jednak siedmiodniowy koprzywnicki chleb ze smalcem i konserwą
ach ta siła przyzwyczajenia
Czwartek 03-08-2006
Mariazell; Alpy
Przedostatni dzień pobytu w Austrii poświęcamy na odwiedzenie sanktuarium Matki Bożej w Mariazell, położonego na Przedgórzu Alpejskim. Jest to jedno z najważniejszych europejskich sanktuariów, należy do Świętych Miejsc Europy. Sama podróż zajmuje nam pół dnia. Po drodze podziwiamy piękne alpejskie krajobrazy. Na miejscu okazuje się, że krótkie spodenki i sandały nie są zbyt trafionym strojem, bo jak na górski klimat przystało, temperatura nie przekracza 13 stC, a na dodatek pada ulewny deszcz. Podczas zwiedzania bazyliki nagle okazuje się, że zginęły kluczyki do samochodu. Gorączkowe poszukiwania w strugach deszczu nie dają żadnego efektu. Pozostaje modlitwa
jesteśmy przecież w słynącym szczególnymi łaskami sanktuarium. Niezwykłym zbiegiem okoliczności kluczyki zostają odnalezione. Możemy spokojnie wracać.
Piątek 04-08-2006
Rorbach - Sankt Florian - Melk - Wiedeń - Bratislava - Chyżne - Kraków - Koprzywnica
To już ostatni dzień. Pora wracać do domu. Pakujemy się i wyruszamy w drogę. Zbaczamy nieco z trasy, aby odwiedzić jeszcze miejscowość Sankt Florian, gdzie znajduje się jedno z najpiękniejszych barokowych opactw na świecie. Tutaj też spoczywają relikwie św. Floriana. Zwiedzamy Kościół i cały kompleks otaczających go budynków. Na horyzoncie pojawia się przewodniczka z grupą niemieckich turystów, korzystamy więc z okazji, i próbując naszych lingwistycznych umiejętności, dowiadujemy się gdzie można obejrzeć młyńskie koło, które było przywiązane do szyi św. Floriana w chwili jego śmierci. Schodzimy do klasztornych krypt, gdzie oprócz historycznego koła możemy zobaczyć grobowiec polskiej królowej Katarzyny Habsburżanki. Kolejne z głównych założeń naszej rowerowej wyprawy spełnione. Odwiedzamy jeszcze barokowy klasztor benedyktynów w Melk, który ponoć zainspirował włoskiego pisarza Umberto Eco do napisania powieści "Imię Róży". A teraz już prosto do domu
Kompletnie wycieńczeni, ale szczęśliwi snujemy plany kolejnej wyprawy. Każdy ma swój własny pomysł, a jedynym punktem, w którym wszyscy jesteśmy zgodni, jest to, że następna wyprawa będzie conajmniej dwa razy dłuższa. Po podróży trwającej całą noc- nareszcie w Koprzywnicy.
Pewien czas po powrocie do Polski, kiedy minęło już zmęczenie i opadły pierwsze emocje, pora na małe podsumowanie-bilans zysków i strat.
Straciliśmy na pewno kilka zbędnych kilogramów, ale czy coś poza tym? Chyba nie
Oprócz pięknej opalenizny, zyskaliśmy mnóstwo ciekawych doświadczeń, niezapomniane wrażenia, a przede wszystkim wiarę we własne możliwości. Zwiedziliśmy "trochę świata", nabraliśmy zapału do kolejnych wypraw. Przebywając ze sobą, szlifowaliśmy swoje charaktery, ucząc się tolerancji, podejmując pewne wyrzeczenia.
Najwyższa pora, aby zacząć planować kolejną eskapadę- do wakacji pozostało przecież tylko 10 miesięcy. A skąd brać na to siły? Proste.W naszych uszach wciąż jeszcze brzmią słowa: "Wymagajcie od siebie nawet jeśli inni od was nie wymagają
"
Aleksandra Opala
| |
|
|
 |
 |
 |
|
|
 |
|